Czy jesteś dumny z polskiego piwa?

Piwo o nazwie Polska Light z włoskiego browaru rzemieślniczego Birra Amiata. Jest to próba odtworzenia wymarłego polskiego stylu piwa jakim jest Grodziskie.
Piwo o nazwie Polska Light z włoskiego browaru rzemieślniczego Birra Amiata. Jest to próba odtworzenia wymarłego polskiego stylu piwa jakim jest Grodziskie. Fot. Tomasz Kopyra
Co za głupie pytanie – pewnie właśnie pomyślałeś. A dlaczegóż to miałbym być dumny z polskiego piwa? Czy Polska jest jakąś potęgą piwną? Przecież wiadomo, że najlepsze piwo jest z Czech, Niemiec, względnie Belgii czy Wielkiej Brytanii. Polska może być dumna ze swojej wódki i ze swoich obywateli, którzy potrafią kilkukrotnie przekroczyć dawkę śmiertelną zawartości alkoholu we krwi.

Otóż nie tylko. Polska jest krajem piwem płynącym. Konsumujemy zdecydowanie więcej piwa niż wódki i więcej pieniędzy wydajemy na piwo, niż na wódkę. W ubiegłym roku spożycie piwa na głowę statystycznego Polaka sięgnęło niemal 100 litrów. To daje nam czwarte miejsce na świecie.



Pierwsi oczywiście są Czesi, a zaraz za nimi Niemcy. Na miejscu trzecim, które jest zdecydowanie w naszym zasięgu, Austriacy. Potęgą jesteśmy też w produkcji piwa. Dziewiąte miejsce na świecie, a trzecie w Europie. Dlaczego nie jesteśmy z tego dumni? Bo niestety poza ilością nie ma z czego.

Z tą wódką, to przecież jest coś na rzeczy. Jeszcze 20 lat temu proporcje były odwrotne. Od tego czasu konsumpcja i produkcja wódki poleciała na pysk, a piwa wystrzeliła w górę. U progu transformacji w Polsce pito trzykrotnie mniej piwa, ok. 30 litrów na głowę, zaś globalnie alkoholu zdecydowanie więcej niż obecnie. Według PARPA obecnie pijemy ok. 10 litrów czystego alkoholu na głowę, co w tabeli daje nam miejsce w drugiej połowie państw należących do Unii Europejskiej. W systemie minionym było to kilkanaście litrów. Skoro nie było to piwo, o winie nie wspominając, to gros tego alkoholu dostarczaliśmy w wódce.

O ile możemy się cieszyć z samego faktu powrotu do klubu państw cywilizacji piwa, to iście szaleńcze tempo spowodowało, że niestety nie zdążyliśmy wytworzyć czegoś, co nazywamy kulturą piwa. W piwnym świecie jesteśmy nuworyszami. Bardzo podobnie jak Amerykanie dwadzieścia lat temu. Piwo z Ameryki, mimo że sprzedawane w olbrzymich ilościach, było w Europie od zawsze obiektem kpin i żartów. Do czasu. Wszystko się zmieniło dzięki tzw. piwnej rewolucji, a precyzyjniej rewolucji piw rzemieślniczych czyli craft beer revolution. Amerykanie zmazali z ust europejskich piwowarów wzgardliwy uśmieszek, gdy w ubiegłym roku, na największym konkursie w Europie (European Beer Star) zgarnęli co trzeci złoty medal. U siebie zgarniają ponad 80% medali. Co nie dziwi, bo aktualnie mają najwięcej browarów na świecie. Ponad dwa i pół tysiąca. Co prawda, w ilości browarów na milion mieszkańców muszą jeszcze ustąpić miejsca Niemcom, ale jest to doprawdy kwestia czasu. W Stanach codziennie otwierany jest nowy browar, a co kilka dni nawet dwa.

Czy polski przemysł piwowarski, który produkuje obecnie miliony hektolitrów bezsmakowego jasnego lagera, wypisz wymaluj synonim amerykańskiego piwa, może zaoferować światu coś ciekawego, co sprawi, że Polacy będą mogli być z niego autentycznie dumni? Myślę, że tak. Głównie za sprawą rzemieślniczej rewolucji, która nieśmiało usiłuje wybuchnąć. Na temat piwa i wszechogarniającej Polskę i resztę świata piwnej gorączki będę pisał w natemat.pl.
Trwa ładowanie komentarzy...