Reforma czy demontaż systemu opakowań zwrotnych?

O tym, że z butelkami zwrotnymi w Polsce jest problem, wie każdy. Browary narzekają na to, że klienci nie oddają butelek, a browary mają zamrożone miliony złotych w opakowaniach. Klienci narzekają, że sklepy nie chcą przyjmować opakowań bez paragonu. Sklepy z kolei narzekają, że segregowanie kilku różnych butelek do właściwych transporterów to dodatkowe koszty, a w ogóle Polacy nie lubią oddawać butelek. Remedium na to ma być dwukrotne podniesienie kaucji i zniesienie możliwości żądania paragonu przez sklep. Czy tak będzie – wątpię. Mam wręcz niejasne przeświadczenie, że proponowane zmiany przyczynią się do ostatecznego demontażu systemu opakowań zwrotnych w Polsce.

O butelkach zwrotnych i polskich absurdach tego dotyczących można by napisać doktorat, a może i na habilitację by starczyło materiału. Jest to złożony problem socjologiczno-ekonomiczno-prawny.



Po pierwsze, trzeba sobie uświadomić, że butelki zwrotne, to już właściwie tylko piwo. Napoje bezalkoholowe i wody mineralne w butelkach zwrotnych to margines rynku, dominuje butelka PET. Wina lub wódki w zwrotnych butelkach to już tylko wspomnienie. Jeżeli chodzi o rynek piwa, to znaczenie butelki zwrotnej z każdym rokiem maleje. Obecnie ponad połowę piwa sprzedaje się w puszkach, około 1/3 stanowią butelki zwrotne, pewnie ok. 10-15% przypada na butelkę jednorazową, zaledwie 5% udziału w sprzedaży ma piwo beczkowe, niewypałem (ku rozpaczy koncernów) okazały się opakowania PET.

Po drugie, obrót opakowaniami skomplikowano w Polsce pod względem podatkowym tak, że już chyba bardziej nie można. Ustawodawca, zapewne mając dobre chęci, postanowił, że generalnie opakowanie jest zwolnione z podatku VAT, bo nie podlega sprzedaży, a jedynie kaucjonowaniu. Jednak wprowadzono kuriozalny zapis, że jeżeli nie zostanie zwrócone w ciągu 60 dni, to uznaje się je za sprzedane i należy odprowadzić od niego 23% VAT. Z mojej wiedzy wynika, że obecnego prawa nie da się stosować w sposób spójny. No ale po kilku latach sklepy, hurtownie i browary jakoś się dostosowały. Teraz szykuje się rewolucja. Teoretycznie w interesie konsumenta, środowiska i samych browarów. Przyjrzyjmy się ideałom tej rewolucji.

Pierwszym filarem jest nałożenie obowiązku recyklingu, co najmniej 60% produkcji. Recyklingu, a nie posiadania w ofercie 60% produkcji w butelkach zwrotnych. Wydaje się, że jest to ściśle związane z unijnymi wymogami, które leżą u podstaw tegorocznej rewolucji śmieciowej. Po prostu, jako członek UE musimy w określonych latach osiągnąć określone poziomy recyklingu, inaczej jako kraj będziemy płacić kary. Co to oznacza jednak w praktyce?

Otóż browar nie musi prowadzić żadnej zbiórki szkła, ale musi udowodnić, że ktoś w jego imieniu zebrał 60% szkła, które ten wprowadził do obrotu. Musi po prostu kupić Dokument Potwierdzający Recykling, czyli tzw. DPR. O tym, że częstokroć jest to świstek papieru, który nie oznacza wcale, że wspomnianą ilość szkła zebrano można przeczytać w wywiadzie z Bertoldem Kittelem, autorem książki „System. Jak mafia zarabia na śmieciach”. Co to oznacza, jednak dla klienta? Oczywiście, że będzie musiał w cenie piwa zapłacić również za DPRy.

Drugim pomysłem jest obowiązkowe przyjmowanie przez sklepy butelek bez paragonu. Tylko, że to wydaje się już w ogóle pogwałceniem zasad wolności gospodarczej. Bo co jeśli ktoś przyjedzie z TIRem wyładowanym butelkami? Sklep ma obowiązek je przyjąć? Zapewne nie, bo gdzie miałby je składować. Co jeśli ktoś przyniesie do sklepu butelki z browaru, którego piw w danym sklepie nie ma w sprzedaży? Sklep musi mu wypłacić kaucję, a butelki na swój koszt dostarczyć do browaru? To jest kompletnie nierealne. Zresztą to, jak jest stosowane obecnie obowiązujące prawo pokazuje, jak będzie z tym nowym. Obecnie sklepy powinny mieć w ofercie piwo w opakowaniach zwrotnych i bezzwrotnych. Spróbujcie kupić w Biedronce piwo w butelkach zwrotnych.

Trzeci pomysł, budzący najwięcej emocji, czyli dwukrotne podniesienie kaucji za butelki, przez wielu uznawany jest za remedium. Oto, jeśli butelka będzie obłożona kaucją w wysokości 70 groszy, nikomu nie przyjdzie już do głowy pozostawić ją w lesie, wyrzucić do rowu itp. Cóż, wydaje mi się, że przede wszystkim klient nie wybierze wówczas piwa w butelce, a w puszce. Nie traktuje bowiem kaucji jak zastawu, a raczej jako dodatkowy koszt, który musi ponieść, żeby się napić piwa. Już dziś często bardziej opłaca się kupić 4-pak puszki w promocji, niż 4 butelki. Przy wyższej kaucji, taka sytuacja nie będzie incydentem, a normą. Po drugie, kwota kaucji w wysokości 0,7 zł jest znacznie powyżej ceny butelki w hucie. Małe browary rzemieślnicze za butelkę płacą ok. 0,5 zł, wielkie koncerny zapewne znacznie mniej. Gdyby kaucja za butelkę wynosiła 0,7 zł opłacałoby się kupić butelkę w hucie i oddać w sklepie. Taka sytuacja byłaby absurdalna. Niedawno media obiegły pomysły na interes życia polegający na skupowaniu dzisiaj butelek po 35 groszy i sprzedawaniu ich po 1. stycznia z dwukrotną przebitką.

Problem jednak nie leży w kaucji, bo w wielokrotnie bogatszych Niemczech podstawowa kaucja wynosi 0,08€, czyli niemal dokładnie tyle, co u nas. Główna różnica polega na tym, że za Odrą kaucją obłożone są również butelki jednorazowe, butelki plastikowe i puszki. Co więcej te ostatnie, to kaucja w wysokości 25 eurocentów.

Główny problem jest w nas. Z jednej strony jest to wygodnictwo, by nie rzec lenistwo. 4-pak piwa w puszce waży niecałe 2,1 kg, a w butelkach to będzie już blisko 3 kg. Z drugiej, 4-pak puszki jest dyskretny, cichy, zwarty, a butelki obijają się o siebie, stukają, demaskują. W Niemczech normalne jest kupowanie co kilka-kilkanaście dni całego transportera piwa. Co więcej, dla wygody klientów, oprócz transporterów na 20 butelek, wprowadzono łączone składające się z dwóch części każda po 10 butelek, a nawet małe zgrabne na 6 butelek. U nas nie ma zwyczaju kupowania piwa w takich ilościach, ale czy jest to do końca wina klientów, skoro nikt im takiego produktu nie zaoferował?

Co więcej, samo oddawanie butelek jest czynnością poniżającą człowieka. W wielkich hipermarketach nie można tego zrobić w automacie czy przy kasie, ale w punkcie obsługi klienta. A tam kolejka 100 osób, które zbierają pieczątki, aby dostać darmowy długopis. W małym sklepie, przez obsługę zostaniemy potraktowani podobnie jak etatowi zbieracze, a może nawet gorzej, bo tamci przynajmniej wiedzą, że nie należy przychodzić i zawracać głowy wtedy, gdy są najdłuższe kolejki.

Problemem jest, że butelki zwrotne nie są sexy. W przeciwieństwie do takich nakrętek z PETów. Jeśli macie dziecko w szkole lub przedszkolu, to na pewno spotkaliście się ze zbieraniem nakrętek. O co tu chodzi? Na początku myślałem, że chodzi o akcję dobroczynną, że jakaś firma przekazuje kasę, za odpowiednią ilość nakrętek z ich wody/napojów. Tymczasem tu chodzi o najzwyklejszy w świecie surowiec wtórny. Plastik z którego wykonano nakrętkę, jest droższy niż ten, z którego zrobiono butelkę. Opłaca się go oddzielić. W sortowni ktoś to musi zrobić, co kosztuje. Tymczasem można namówić ludzi, żeby zrobili to sami w domu. To jest sexy, bo to ekologia, recykling,a czasem dobroczynność. Butelki po piwie to jest obciach. Wyobrażacie sobie, że w ramach akcji dobroczynnej dzieci do przedszkola przynoszą butelki po piwie. A przecież jedna butelka kosztuje tyle, co kilogram nakrętek.

Zacznijmy się więc powoli oswajać z myślą, że butelki zwrotne prędzej czy później znikną z naszych sklepów. Pomimo nakazów z Brukseli, obowiązku recyklingu, podniesienia kwoty kaucji. No chyba, że zainwestuje się olbrzymie środki, (może z funduszy unijnych, może jako kampanie społeczne organizowane przez wielkie koncerny) w zmianę mentalności społeczeństwa, co jest trudne, kosztowne, ale możliwe. Sądzę jednak, że prędzej nauczymy się segregować odpady, niż doczekamy się sprawnie funkcjonującego systemu opakowań zwrotnych. Co nie byłoby wcale takim złym rozwiązaniem, w Wielkiej Brytanii nie znają butelek zwrotnych i żyją.
Trwa ładowanie komentarzy...