O autorze
Prosument, czyli połączenie producenta i konsumenta. Piwowar domowy, współpracujący z rzemieślniczym Browarem Widawa, sędzia certyfikowany Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych i Beer Judge Certification Program, bloger i vloger.

Piwo w domu warzy od 2004 r., a od 2012 we współpracy z Browarem Widawa, opracował receptury kilkunastu piw, w stylach do tej pory niewarzonych w Polsce. Autor Sharka, czyli najmocniej chmielonego piwa w Polsce w 2012 r.

Członek założyciel Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych, sędzia certyfikowany PSPD, od 2013 jeden z dwóch sędziów amerykańskiego Beer Judge Certification Program w Polsce, największego programu certyfikacji sędziów piwnych na świecie.

Jeden z pierwszych blogerów piwnych (blog.kopyra.com). Aktywny vloger (na portalu Youtube opublikował już kilkaset filmów). Od sierpnia 2013 roku bloger natemat.pl.

7 kroków aby zostać piwnym ekspertem

http://blog.kopyra.com
Z tym ekspertem to trochę przesadziłem, ale wiecie dobry tytuł jest najważniejszy. Zresztą w Polsce jest zatrzęsienie ekspertów od każdej możliwej dziedziny życia i pewnie jakby zapytać w ankiecie, to za ekspertów od piwa uważa się minimum 50% dorosłej populacji. Niestety rzeczywistość skrzeczy. Pomimo, że jesteśmy czwartym krajem na świecie pod względem konsumpcji piwa na głowę, to Polacy o piwie wiedzą żenująco mało. Stąd te wszystkie piwne urban legends – o byczej żółci, kropkach na spodzie puszki itd. Ale nie o tym chciałem. Dziś będzie o tym, jak w ogóle cokolwiek poczuć w piwie. Większość Polaków bowiem nic nie czuje i... wcale im to nie przeszkadza. Piwo ma „ryć banię”, a nie dostarczać doznań degustacyjnych. Wierzę jednak głęboko, że miliony Polaków chciałyby coś poczuć, ale pomimo wielu prób, kupowania piw niepasteryzowanych, importowanych czy niefiltrowanych niewiele z tego wynika.

1. Poszukaj innego piwa
Ale rzeczywiście innego. Najlepiej ale właśnie. Ale, to inaczej piwo górnej fermentacji. W odróżnieniu od dominujących na rynku jasnych lagerów charakteryzuje się bogatszym aromatem będącym efektem pracy drożdży. Ponadto piwa górnej fermentacji upodobały sobie browary rzemieślnicze, a to one sprawiły że piwo osiągnęło potencjał degustacyjny porównywalny z winem.
Zejdźmy jednak na ziemię. Pragniesz poczuć aromaty słodu, chmielu i drożdży w piwie, ale próbowałeś różnych i nic, zawsze ta sama nuda. Niestety dlatego, że robisz to źle. Nie wystarczy zmienić jedno koncernowe piwo, na inne. Nie wystarczy polskiego koncerniaka zamienić na czeskiego czy niemieckiego. Nie wystarczy nawet wybrać piwo niepasteryzowane. Jak mawiają mówcy motywacyjny – "trzeba wyjść poza swoją strefę komfortu". Trzeba spróbować czegoś kompletnie innego. Na początek niech to będzie piwo ciemne (np. taki porter), albo pszeniczne. Warto też rzucać się na wszystko, co ma w nazwie american. Do Polski nie wozi się praktycznie bezsmakowych light lagerów z USA, które są jeszcze bardziej bezsmakowe niż polskie lagery. Jeśli więc już jakieś piwo ma napis american, to pewnie oznacza, że nachmielono je amerykańskim chmielem, a to robi różnicę.



Ale – piwo górnej fermentacji. Kiedyś innych nie było. Gatunek drożdży, dzięki któremu powstają wszystkie piwa ale to saccharomyces cerevisiae (nie mówcie w towarzystwie, ale to są również drożdże piekarnicze). Dlaczego jest to górna fermentacja? Po pierwsze drożdże podczas fermentacji zbierają się na wierzchu fermentującego piwa. Po drugie, lubią one wyższe temp. 18-24ºC. Piwa fermentowane tymi drożdżami mają bogatszy aromat, więcej w nich nut owoców, pochodzących od związków zwanych estrami oraz nut przyprawowych pochodzących od fenoli.

Lager – piwo dolnej fermentacji. Powstało w Bawarii około XV w. Niedawno pojawiły się teorie, że ten gatunek drożdży tajemniczym sposobem trafił do Europy z... Ameryki Południowej. Ani chybi Däniken ma rację. Nazywają się saccharomyces pastorianus, choć przez wiele lat nazywano je saccharomyces carlsbergensis, ale wiecie kryptoreklama, lokowanie produktu i zamiast browaru Carlsberga postanowiono uczcić Ludwika Pasteura. Drożdże te charakteryzują się tym, że niewiele wnoszą do piwa. Najlepiej jeśli ograniczą się do alkoholu i dwutlenku węgla. Dają tzw. czysty profil, a dolne są dlatego, ze gromadzą się na dnie fermentującego piwa i lubią niższe temp. 8-12ºC.


2. Daj mu się ogrzać
Polacy piją za zimne piwo. W knajpie zęby można połamać szczękając nimi po zaczerpnięciu łyka. Zapalenia gardła też można dostać. Niestety standardem jest stosowanie przepływowych schładzarek, z reguły ustawionych na maksymalną moc, czyli minimalną temperaturę. Jeśli w pubie nie ma zbyt wielkiego ruchu, to jakieś 2/3 naszego półlitrowego piwa będzie miało temp. 1ºC, pozostała 1/3 pewnie zakładaną 6-8ºC, w sumie jakieś 4ºC. Barbarzyństwo. Podobnie ze wszelkiej maści tajemniczymi znaczkami pojawiającymi się na puszce lub etykiecie. Również „ustawione” są na jakieś 4ºC. Dlaczego? A wiecie dlaczego im gorsza wódka, tym bardziej ją trzeba zmrozić? Z tych samych powodów wielkie koncerny lansują „zmrażanie” piwa. Co zatem zrobić? W domu wystarczy wyrobić sobie nawyk wyciągania piwa z lodówki na 30-40 minut przed planowaną degustacją. Ideałem jest piwniczka na piwo o stałej temp. 10ºC.
W lokalu możemy piwo ogrzać... rękoma. Co prawda będzie nam zimno w ręce, ale piwo dość szybko, bo po kilkudziesięciu, no ewentualnie kilkuset, sekundach powinno ogrzać się do tych 10-12ºC.
W jakim celu ogrzewać piwo? W tym samym, w jakim czerwone wino czy koniak serwujemy w temp. pokojowej. Niektóre piwa również doskonale prezentują się w tej temp., choć dla przeciętnego piwosza będzie to dość szokujące.

Temperatura pokojowa – wbrew pozorom nie jest to temperatura, która panuje w pokoju, zwana też temp. otoczenia. Chodzi o tzw. room temperature, ale w odniesieniu do wina. Jest to 16-18ºC. Obecnie raczej tak chłodno w domu nie mamy. A szkoda, bo to podobno zdrowo.

3. Znajdź odpowiednie szkło
W skrócie chodzi o to, żeby zastosować szkło, które będzie kumulowało, a nie rozpraszało aromat. Ideałem więc jest, kiedy jego średnica dość mocno zwęża się ku górze, czyli potocznie mówiąc szkło jest „pękate”. Laikowi najlepiej przywołać kieliszek do koniaku, chociaż degustacyjne, duże kieliszki do wina również się sprawdzą. Oczywiście piwosze nie muszą się posiłkować kieliszkami do wina czy koniaku. W zasadzie istnieje kilkadziesiąt typów wzorów szkła do piwa, zalecanych do różnych stylów. Osobiście polecam szkło przypominające koniakówkę o nazwie snifter (od angielskiego to sniff – wąchać). W mojej opinii pasuje do każdego stylu.

Kufel - musi mieć ucho. Po prostu musi. To taka stara tradycja, że musi mieć ucho. Niestety nagminnie używa się tego określenia do każdego szkła piwnego. Jak do piwa, to musi być kufel. Otóż nie musi. Jeżeli chodzi o walory degustacyjne, to im kufel wyższy, a przez to węższy tym więcej będzie można wyniuchać.
Pokal - musi mieć nóżkę. Może być bardzo krótka, ale musi być. Niestety tutaj z kolei aspirujący piwosze, którym kufel wydaje się zbyt plebejski, każde piwne szkło nazywają pokalem. Możnaby się spierać, czy kielich jest pokalem. Dla uproszczenia przyjmijmy jednak, że pokal musi mieć nóżkę, co nie znaczy, że każde szkło, które ma nóżkę jest pokalem.
Szklanka - cała reszta szklanego stuffu. Niestety prawie nikt nie używa słowa szklanka. Że niby szklanka to do herbaty, najlepiej z koszyczkiem. Bolesna prawda jest taka, że najczęściej piwo pijemy po prostu ze szklanki. Są różne ich rodzaje, furorę robi ostatnio nonic - to takie angielskie szkło z wybrzuszeniem, żeby nam się z ręki nie wyślizgnęło. Bardzo je lubię, ale jeśli chodzi o walory degustacyjne, to niestety szału nie robi.


4. Skup się
Nie mówię, że zaraz trzeba się zamknąć w wygłuszonym, odciętym od zapachów i z odpowiednim oświetleniem (nie za ciemno) pomieszczeniu. Ale oglądając mecz czy klipy na youtube, przegryzając chipsy czy orzeszki, raczej nie ma co liczyć na niesamowite doznania degustacyjne. Po prostu, za dużo rzeczy rozprasza nasz język, nos i mózg. Wbrew pozorom nawet hałas przeszkadza w skupieniu się na piwie.

5. Poczytaj
Oczywiście najlepiej jakieś książki o piwie, choć tu w grę wchodzi jedynie literatura anglojęzyczna (polecam Randy Mosher „Tasting beer”) albo blogi. Jeśli ktoś nie lubi czytać zapraszam na mój vlog na Youtube. Na początek jednak warto poczytać... kontretykietę oraz stronę www producenta. Tam naprawdę są użyteczne informacje na temat tego, czego możemy się spodziewać po danym piwie, czego możemy w nim szukać. Co prawda niektórzy odradzają czytanie takich rzeczy, bo można się zasugerować. Uważam jednak, że na początku naszej przygody z piwem jest to bez znaczenia, bo zwykle wygląda to tak: śliwki, czekolada? Jakie śliwki, ja nic nie czuję. Albo – ja znam ten zapach... znam... na pewno... ale... no nie mam pojęcia.

6. Notuj
W XXI wieku idealny jest smartfon. Możemy notować w Evernote, czy innych notatnikach, albo od razu w jakimś portalu do oceniania piwa (z zagranicznych polecam RateBeer.com, Beer Advocate lub Untapped - wszystkie mają aplikacje na Androida i iOS; w Polsce największą bazą dysponuje browar.biz, ale niestety oparcie tego o forum, sprawia że jest to strona dość archaiczna, a dodatkowo nasze oceny spotkają się z reakcją społeczności, a ta jest... specyficzna).
Oczywiście sprawdzi się też notatnik i długopis. Jeśli chcemy zadać szyku, to możemy sobie sprawić notatnik Moleskine Beer Journal specjalnie zaprojektowany dla piwnych degustatorów. Moim zdaniem nie ma on jednak startu do telefonu, który zawsze mamy pod ręką. Zresztą piwny degustator nie może sobie odmówić sfotografowania piwa, które zaraz zdegustuje. I oczywiście natychmiastowego wrzucenia fotki na Instagram. Notatnikiem tego nie zrobicie.

7. Degustuj
Znacie to wyświechtane hasło – trening czyni mistrza? No to muszę Wam napisać, że to prawda. Jak zaczynałem degustowanie piwa, w aromacie nie czułem prawie nic. Byłem zaskoczony, jakim cudem na sędziowskich arkuszach za aromat przyznaje się prawie tyle samo punktów, co za smak. Przecież większość piw w ogóle nie pachnie. I co wtedy? Dać im jakieś punkty za to, że nie śmierdzą, czy dawać zero? Problem jest taki, że mi nikt nie powiedział o tych punktach, szczególnie o pierwszych trzech. Wam będzie łatwiej. Gwarantuję, że już po kilkudziesięciu zdegustowanych piwach zmysły Wam się wyostrzą, a język nabierze wprawy w ubieraniu w słowa, tego co czujecie wąchając i przełykając piwo.

A zatem sniftery w dłoń i na zdrowie!
Trwa ładowanie komentarzy...